//
Read Between The Lies
Recenzje

The Crystal Method „The Crystal Method”


The Crystal Method "The Crystal Method" The Crystal Method
The Crystal Method
Tiny E, 2014
Magnetar 3
01. Emulator
02. Over It
03. Sling the Decks
04. Storm the Castle
05. 110 th the 101
06. Jupiter Shift
07. Dosimeter
08. Grace
09. Difference
10. Metro
11. After Hours

Rok 1997 był dla mnie przełomowy, bo chociaż od jakiegoś czasu słuchałem już The Prodigy czy Kraftwerk, to właśnie wtedy stałem się świadomym odbiorcą muzyki elektronicznej. Właściwie to zbiega się to nieco z początkiem świadomego słuchania w ogóle, ale z początku prym wiodły takie zespoły jak Black Sabbath, Slayer, Marilyn Manson, a nawet Korn.

Co takiego wydarzyło się w 1997? Do kin trafiła koszmarna adaptacja jednego z najlepszych komiksów, jakie miałem przed oczami – „Spawn”. Podejrzewam, że nie znajdzie się nikt, poza obsadą i ekipą produkującą film, kto miałby się za apologetę tej fatalnej profanacji i pewnie szybko pamięć o kinowym Spawnie zostałaby wymazana, gdyby nie jedno genialne posunięcie – stworzenie oryginalnej ścieżki dźwiękowej, na której metalowi wyjadacze spotykają się z producentami przeróżnych podgatunków elektroniki. W ten sposób doszło do mezaliansów m.in. Butthole Surfers z Mobym czy Mansuna z 808 State. Krążek z niesamowitym – niepodobnym do niczego, co wcześniej zostało nagrane – brzmieniem otwierał natomiast kawałek „(Can’t You) Trip like I do” autorstwa Filter i The Crystal Method.

Zgłębiłem dyskografie wszystkich wykonawców z soundtracku do „Spawna” (poza Metallicą) i po stronie elektronicznej szybko dałem się przekonać do m.in. Sneaker Pimps, Roni’ego Size’a, Atari Teenage Riot. Wciągnięcie się w The Crystal Method zajęło mi nieco więcej czasu – przez kilka kolejnych lat ograniczałem się wyłącznie do ich własnej wersji „Trip like I do” z debiutanckiego wydawnictwa „Vegas”. Prawdziwa miłość pojawiła się dopiero w 2004 roku, wraz z albumem „Legion of Boom”. Nie chodzi o to, że udzielają się tutaj John Garcia z Kyuss, Milla Jovovich, Rahzel (wtedy zupełnie mi obojętny) czy Wes Borland – jedyny element Limp Bizkit godzien uwagi. Magia stała po stronie masywnych bitów, nawiązań do goa i rytmiczności zmiękczającej nawet najbardziej oporne karki.

Zabierając się za najnowszy materiał duetu, czułem się jak bohater „Bezbarwnego Tsukuru Tazaki […]” Murakamiego, który aranżuje spotkania z przyjaciółmi po 16 latach przerwy w znajomości. Niby wciąż wiedziałem czym jest The Crystal Method, ale może zdążyli zmienić się nie do poznania? Przecież nie tak dawno temu niemiłą niespodzianką okazało się nowe brzmienie Daft Punk. Kilka pierwszych dźwięków otwierającego album „Emulator” i staje się jasne, że nadal jesteśmy w latach 90. To dobrze, zdecydowanie wolałem ówczesne nawiązania do techno niż dzisiejsze czerpanie z brostepu. Mimo że jest to jeden z dłuższych utworów w zestawie (ponad 5 minut) to wyraźnie słychać w nim budowanie napięcia, charakterystyczne dla kompozycji typu „intro”. Oczywiście łatwo można sprawdzić, że błędnie odczytuję intencje The Crystal Method, bo numer ten został wybrany na pierwszy singiel.

Dalej czeka nas singiel nr 2 z gościnnym udziałem pani, której nazwisko musiałem googlować. Dia Frampton, uczestniczka programu „The Voice” – zły zwiastun i rzeczywiście jest źle. Banalnemu wokalowi wtóruje skrillexopodobne połamanie z mocno podkręconym basem i nie ma nawet ratunku w postaci melodii, którą można by z przyjemnością podłapać. Zawód nie jest na tyle dotkliwy, aby przerwać odsłuchiwanie, ale minutę przed końcem przerzucam się na „Sling the decks” i tutaj duet Jordan/Kirkland w końcu zaczyna do mnie przemawiać. Zdecydowanie nie jest to ich dawne brzmienie, nie okazali się odporni na dubstepowe naleciałości, momentami słychać nawet dyskotekowe zapędy spod znaku Davida Guetty, a jednak nie ma mowy o kopiowaniu. Przy „Storm the castle” (z gościnnym udziałem Le Castle Vania – też nie wiedziałem kto to) zrozumiałem podłoże pojawiających się tu i ówdzie opinii, że właśnie tą drogą powinni podążyć Daft Punk. To zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu – chwytliwy jak kawałki sprzed ponad dekady, wyprodukowany w zgodzie ze współczesnymi trendami, oddający hołd zarówno 8 bitom, jak i urywającym głowę basom.

Łączenie starego z nowym zdaję się motywem przewodnim 11 premierowych kompozycji i chociaż zazwyczaj wypada to dobrze, momentami bardzo dobrze, to brakuje tu zaskakujących melodii wpadających w ucho jeszcze przed końcem pierwszego przesłuchania ścieżki. To właśnie dzięki tej zdolności, swojego czasu The Crystal Method pojawiali się na całej masie soundtracków (poza wspomnianym „Spawn”, m.in. „Matrix”, „Blade 2” i „Mortal Kombat”). Goście, zwłaszcza użyczający głosu, tym razem nie dodają utworom smaczku, a wręcz czynią je niestrawnymi (zwłaszcza w wypadku „Grace” z LeAnn Rimes). Cytując pewien popularny serwis filmowy, album jest „dobry, ale z bardzo poważnymi zastrzeżeniami”.

Advertisements

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: