//
Read Between The Lies
Recenzje

Subrosa „More Constant Than The Gods”


Subrosa
More Constant Than The Gods

Profound Lore Records, 2013
01. The Usher
02. Ghosts of a Dead Empire
03. Cosey Mo

04. Fat of the Ram
05. Affliction
06. No Safe Harbor

Ileż to recenzji (także moich) rozpoczyna się od zaskoczenia: „Taki był z nich spokojny zespolik, a tu nagle jedna z najlepszych płyt roku”. Nie napiszę tego o najnowszym krążku Subrosa, bo już czytając pierwszą wzmiankę o następcy „No help for the mighty one”, byłem pewien, że przyjdzie mi odsłuchać rzecz nietuzinkową. Nie zawiodłem się.

Pamiętacie któryś z narodowych zrywów domorosłych geografów oburzonych nieznajomością mapy Europy przez Amerykanów? Rzeczywiście to bardzo zabawne, że mieszkaniec np. San Francisco nie ma pojęcia gdzie leży np. Estonia. A ilu z was potrafi wskazać na mapie Salt Lake City? Pochwalę się, że robię to bez wahania, a znajomość amerykańskiej mapy zawdzięczam miłości do NBA, która trwała przez niemal całą szkołę podstawową. W tamtych czasach Utah Jazz (Utah to nazwa stanu, którego stolicą jest Salt Lake City) toczyło wyrównane boje z Chicago Bulla z Michaelem Jordanem w składzie. Pamiętam, że przy okazji jednego z finałów pojawiały się kontrowersje związane z legendarnym wyjściowym składem Jazz, w którym grało aż trzech białoskórych (Stockton, Hornacek i Ostertag). Do dzisiaj nie wygląda mi to na poważny problem, bo przecież byli to znakomici zawodnicy (może poza Ostertagiem), ale dowiedziałem się wówczas kim są mormoni i że część z nich ma ambicje odseparować Utah od pozostałych stanów. Co robi ten przydługi akapit w recenzji nowego albumu Subrosa? To właśnie w tym miejscu, jawiącym się jako siedlisko religijnego fanatyzmu, powstał zespół, który niewątpliwie ma szatana w serduszku.

Na tym nie koniec zaskoczeń. Odwołując się do jeszcze innego stereotypu, wielu widząc zdjęcie metalowej kapeli z kobietą w składzie, od razu przypisze jej grę na gitarze basowej. Tutaj mamy do czynienia z trzema kobietami (i tylko dwoma panami) i żadna z nich nie targa najgrubszymi strunami w zespołowym instrumentarium. Na czele mamy panią Rebeccę Vernon, odpowiedzialną za gitarę i wokal, a pozostałe dwie niewiasty (Sarah Pendleton i Kim Pack) tworzą chórki oraz grają na skrzypcach. Tak, tak, w tej kapeli są aż dwie skrzypaczki i choć żadna nie próbuje naśladować Vanessy Mae, to właśnie dzięki nim Subrosa potrafi zbudować wyjątkowy klimat, nieporównywalny z żadnym innym zespołem. Natomiast panowie (Christian Creek i Andy Patterson) odpowiadają za sekcję rytmiczną. Feministki byłyby dumne.

Subrosa już na pierwszym albumie („Strega”, 2008 rok) zarysowała ogólny koncept swojego rozwoju. W stosunkowo krótkich utworach (około 4 minut) dominowała plątanina doom metalowego przeciągania słuchacza przez łoże tortur z niemal punkowymi przyśpieszeniami. Słuchając takich kawałków jak „Crucible”, można odnieść wrażenie, że każdy gra sobie – skrzypce zawodzą własną melodię, niepasującą do dynamiki pozostałych instrumentów, a wokal wykrzykuje monotonny tekst nienadążający za paskudnie przesterowanym wiosłem. Nie ma wątpliwości – pomysł oryginalny, ale zupełnie przeciętne wykonanie. Trzy lata później pojawiło się „No help for the mighty one” i tutaj już wyraźnie pomysły na poszczególne utwory nadgoniły nadrzędną ideę stojącą za powołaniem kapeli. Sporo tu jeszcze odskoczni do hardcore’u spod znaku Kylesy, ale śmiało można powiedzieć, że było to jedno z ważniejszych wydawnictw 2011 roku.

Wreszcie „More constant than the gods”, po którym bardzo dużo oczekiwałem i który spełnił oczekiwania z nawiązką. Przede wszystkim liczyłem na osiągnięcie pełnej harmonii pomiędzy sekcją smyczkową a sekcją siejącą destrukcję. 14 minutowy „The usher”, otwierający album, udowadnia, że wreszcie Subrosa rozkwitła w pełni. Nastrojowy wstęp dopiero po 3 minutach zdradza, że mamy do czynienia z materiałem metalowym i robi to z taką klasą, że ciężko się pozbierać, gdy pada ostatnia nuta. Głos Vernon stał się potężniejszy, ale jednocześnie bardziej kobiecy, nie forsuje się zbędnym krzykiem. Gitara coraz intensywniej eksploruje piskliwą arytmiczność post-metalowej niby improwizacji, a sekcje wreszcie znalazły idealną równowagę i nawet przez chwilę nie próbują przekrzykiwać się.

Wysoki poziom utrzymuje się do końca albumu, a na szczególną uwagę zasługują kolejne dwa utwory: „Ghost of a dead empire” oraz mój faworyt „Cosey Mo”. Gdzieś w pamięci świtało mi nazwisko zawarte w tym tytule, ale przez kilka dni nie mogłem sobie przypomnieć kim jest owa Cosey. Dopiero po wsłuchaniu się w tekst rozbłysła mi nad głową lampka – to bohaterka „Gdy oślica ujrzała anioła”, powieści Nicka Cave’a. Prostytutka w ultrareligijnej społeczności (ale nie Salt Lake City, choć może kryje się w tym tekście metafora związana z macierzystym miastem zespołu), która ostatecznie zostaje w brutalny sposób zamordowana. Brzmi na temat do wściekłego wykrzyczenia? Nic podobnego, to piękna i nastrojowa piosenka, niemal metalowa ballada i jeden z najważniejszych utworów, jakie w życiu słyszałem.

„More constant than the gods” pojawiło się na czołowych pozycjach niemal wszystkich metalowych podsumowań 2013 roku. Myślę, że śmiało można mówić o albumie przełomowym i awansie Subrosa do ekstraklasy ambitnego ciężkiego grania. Oby tylko piątka z Utah udźwignęła ciężar presji na kolejnym wydawnictwie.

Reklamy

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: