//
Read Between The Lies
Recenzje

Bruce Soord with Jonas Renkse „Wisdom of Crowds”


Bruce Soord with Jonas Renkse
Wisdom of Crowds

Kscope, 2013
01. Pleasure
02. Wisdom of Crowds
03. Radio Star
04. Frozen North
05. The Light
06. Stacked Naked
07. Pretend
08. The Centre of Gravity

Bruce Soord i Jonas Renkse… Kto? Ja też przez chwilę zastanawiałem się skąd znam te nazwiska… Będę z wami szczery – nie kojarzyłem ich zupełnie z niczym, ale doświadczenie podpowiadało mi, że skoro album jest firmowany personaliami dwóch osób, to nie mogą stać za nimi anonimowe postacie. Tę banalną dla człowieka XXI wieku zagwozdkę, można by łatwo rozwiązać przy użyciu wyszukiwarki, ale zaniechałem wciśnięcia „entera” tuż po kilku nutach otwierających „Wisdom of crowds”. Po co psuć sobie odbiór tymi wszystkimi koneksjami, dyskografiami i nagrodami?

Refren utworu deflorującego album spełnia podstawowe kryterium dla pierwszy kilku minut każdego wydawnictwa – następuje miejscowy paraliż ciała, które traci zdolność do przełączenia się na chociażby (nigdy nienudzące się) „Raw Power”. Pisząc tę recenzję w pierwszych dniach 2014 roku, wiem już, że „Pleasure” to jeden z najlepszych momentów minionych 12 miesięcy, ale co ważniejsze, miałem takie podejrzenie już przy pierwszym kontakcie z debiutanckim materiałem duetu Soord/Renkse.

Co się tutaj właściwie dzieje? 22 sekundy gitarowych pomruków, wejście automatu perkusyjnego i syntezatora, wejście rozemocjonowanego wokalu w prog rockowym klimacie, wejście gitary przesterowanej garażowym brudem. Pauza. Smyki z komputera, żywa perkusja, śpiew nabierający tempa i nagle – 2 minuta i 30 sekunda – melodia niczym niezapowiedziana wizyta ciotki z drugiego końca kraju. Nie z powodu smęcenia o przebytych chorobach, ale dlatego że, chcąc nie chcąc, nie można się jej pozbyć. Różnica jest taka, że lubimy tę ciotkę, chcemy zaprosić ją do pokoju, że właściwie to nie jest ciotką, tylko daleką koleżanką… A kiedy minutę później odzywa się solówka, podrasowana bardzo hałaśliwym pudełeczkiem z pokrętłami, to jesteśmy już gotowi klękać przed nieznajomą, byleby tylko zapętliła swoją kwestię w nieskończoność.

Kiedy utwór mija, trudno jednoznacznie stwierdzić z czym mieliśmy do czynienia. Wyraźnie słychać tu naleciałości z rocka progresywnego pokroju Porcupine Tree, ale wszystkie instrumenty poza gitarą zachowują minimalistyczną, wręcz mechaniczną i hipnotyzującą formułę (zwłaszcza w kolejnym „Wisdom of crowds”). Płynie z tego prosty wniosek – autorzy nagrań muszą parać się śpiewem i męczeniem sześciostrunowca, reszta to tylko dodatki niezbędne dla wydobycia należytego smaku dania głównego. Brzmi jak zarzut, ale tak nie jest. Nietypowość amalgamatu skomplikowanych i banalnych partii każdego z utworów daje niesamowity, trudny do porównania z czymkolwiek innym efekt.

Przy trzecim utworze do drzwi puka kolejna ciotka, a właściwie koleżanka, równie atrakcyjna… Oczywiście intelektualnie. W tym momencie owładnęła mną pokusa, która zainfekowałaby rozumowanie każdego miłośnika muzyki zbierającego z biurka szczękę po raz drugi przy okazji tego samego krążka – „googluję”. Bruce Soord – głos i gitara (w wypadku „Wisdom of crowds” tylko gitara) The Pineapple Thief. Nigdy nie byłem fanem owego projektu, ale doceniam jego oryginalność w łączeniu prog rocka z wątkami indie rockowymi. Jonas Renkse… Pozwolę sobie na drobny „cliffhanger”, czyli po polsku na przerwę w stylu Huberta Urbańskiego, i podkreślę to, co nie zostało należycie zaznaczone – „Radio star” to kawałek tak chwytliwy, że tylko ogólnoświatowy spisek magnatów radiowych z krzyżakami i Opus Dei nie pozwolił mu stać się ogólnoświatowym hiciorem. A Renkse śpiewa w Katatonii i „wiosłuje” w Bloodbath.

Na barki wyżej przywołanego spisku zrzucam promowanie genialnego albumu jego najsłabszym punktem – „Frozen North”. Perkusja nadal klepie tu jeden rytm, ale tym razem głośniej i nachalniej, ukrywając partie gitarowe i uwypuklając dosyć przeciętną linię wokalną. Jeżeli dorzucić do tego koszmarny teledysk, to otrzymujemy perfekcyjny straszak na potencjalnych słuchaczy. Panowie rehabilitują się natychmiast, bo już „The light” to kolejna ciekawa kompozycja z przestrzenią dla przede wszystkim syntezatora i laptopa (gitara pojawia się dopiero w okolicach 4 minuty i tylko na chwilę). Kolejne dwa utwory serwują nieco wyciszenia, ale samo zakończenie albumu („The centre of gravity”) ponownie celuje w czuły punkt słuchaczy. Nie trafia tak dokładnie, jak w wypadku „Pleasure” i „Radio star”, ale nie pozostawia wątpliwości, że obcowaliśmy ze znakomitym albumem bardzo nietypowego duetu.

Słuchanie „Wisdom of crowds” jako materiału „kolesia z Katatonii i kolesia z Pineapple Thief” może wywołać mylne oczekiwania i to właśnie z nich płynie najwięcej internetowej krytyki. Wystarczy pozbyć się nazwisk i związanych z nimi konotacji, a okazuje się, że to jedna z najlepszych płyt 2013 roku.

Advertisements

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: