//
Read Between The Lies
Recenzje

The Samuel Jackson Five „The Samuel Jackson Five”


The Samuel Jackson Five
The Samuel Jackson Five

Denovali, 2012
01. Never-Ending Now
02. Mockba
03. Electric Crayons
04. Radio Gagarin

05. Race To The Self-Destruct Button
06. What Floats Her Boat
07. Ten Crept In
08. A Perennial Candidate
09. Tremulous Silence
10. …And Then We Met The Locals
11. Low Entropy

Czwarty album norweskiej kapeli przynosi rewolucję w brzmieniu. Niemal od początku swojej działalności byli ofiarami odkurzacza marki „post-rock”, który nie oddaje im pełnej sprawiedliwości. Pomiędzy np. Explosions in the Sky, 65daysofstatic czy God is an Astronaut łatwo można dostrzec wspólną pierwotną zasadę, ale The Samuel Jackson Five ma zupełnie inne źródło. Na najnowszym krążku wyraźnie pokazują skąd przybyli i dokąd zmierzają, dalsze stawianie znaku równości między ich twórczością a post-rockiem jest jak niedostrzeganie, że Chylińska ma już niewiele wspólnego z gitarową muzyką.

Informacja jaka musi paść na samym początku każdej recenzji eponimicznego albumu The Samuel Jackson Five dotyczy zaproszenia wielu śpiewających gości (co wcześniej nie zdarzało się). Pierwsze typy jakie przychodzą do głowy? Coś w klimatach Ufomammut albo Rosetty? A może Mogwai albo Sigur Rós? Nic z tych rzeczy. Za mikrofon chwycili: Truls Heggero, znany z indie rockowego projektu Lukestar. Jeżeli spodziewacie się haczyka w postaci odmiennego sposobu śpiewania Trulsa to i tym razem nic z tego, Truls śpiewa w zupełnie typowy dla siebie sposób. Usłyszeć można także Påla Angelskåra z Minor Majority (obydwa projekty w rodzimej Norwegii zgarniają liczne nagrody przemysłu muzycznego) oraz jedyny mocniejszy głos – Thomasa Bratliea z Rumble in Rhodos. Poza dodatkowymi smaczkami, zmieniła się także całościowa formuła zespołu – The Samuel Jackson Five to ponownie pięć osób. Powrócił multiinstrumentalista Thomas Meidell, a nową postacią jest Jonny Knutsen – basista, gitarzysta, także głos stanowiący chórki.

Pierwsze spojrzenie na listę utworów sugeruje, że muzycy zrobili wszystko aby odciąć się od post-rockowej etykiety. Najdłuższy utwór trwa 6 minut i 3 sekundy, każdy następny nie sięga nawet 5. Dla porównania na Goodbye melody mountain (poprzednim albumie) połowa ścieżek miała ponad 6 minut. Pierwszy kawałek ma z nowego materiału ma prawie 3 i pół minuty i jeżeli sięgnęliście po The Samuel Jackson Five dla grania w instrumentalnym porockowym klimacie to po Never-ending now możecie wyciągnąć krążek z odtwarzacza. Kwintet nie jest jednak brutalny w swojej zdecydowanej przemianie – Москва́ delikatnie sygnalizuje porzucenie wyświechtanego gatunku łącząc się z jazzującym brzmieniem (przyznam, że dla mnie tSJ5 zawsze było bardziej jazzową kapelą niż post-rockową) i muzyką, której nie sposób – na szczęście – sklasyfikować.

W prawie 3 minutowym Electric crayons pojawia się wspomniany Thomasa Bratliea, którego głos bardzo przypomina Cedrica Bixlera-Zavalę. Muzyka jednak niewiele ma wspólnego z At the Drive-In, a tym bardziej The Mars Volta. Znając dotychczasową twórczość norwegów mogliby z łatwością stworzyć połamaną wielominutową kompozycję, jednak zamiast tego decydują się na prostszą i typowo rockową konwencję. Przypuszczam, że Dream Theater nie mieli by problemu z nagraniem chwytliwego metalowego numeru, ale już Smar SW nie napisaliby półgodzinnej opery. Nie chcę nikomu uwłaczać, bo różne dźwięki pasują różnym artystą. Sygnalizuję tylko, że The Samuel Jackson Five bez problemu radzą sobie bez udziwnień i kompozytorskich wyżyn. W roli przebojowego rockowego składu spisują się doskonale.

Wszystkie nieobecne w poprzednim utworze elementy pojawiają się w niemal czysto jazzowym Radio Gagarin. Dźwiękowi klasycznego pianina towarzyszy między innymi theremin, a gitary i perkusja demaskują swoją wirtuozerską naturę. Żonglowanie formami na tym jednak nie poprzestaje, Race to the self-destruct button zaczyna się mocnym, niemal metalowym uderzeniem. Kiedy już wydaje się, że zaraz ryknie potężny głos wokalisty odzywa się chórek niczym z czołówki pierwszej serii Star Treka. Nadal jest mocno eksperymentalnie, możecie nazwać to jazzem, post-rockiem, progresywnym metalem – tak naprawdę każda z tych fiszek będzie prawdą i nieprawdą, tak jak realne i nierealne są granice między gatunkami.

Najkrótsze na albumie (ledwo ponad 2 minuty) What floats her boat to na dobrą sprawę przerywnik, dający chwilę wytchnienia przed czającymi się na drugiej połowie materiału niespodziankami. Ten crept in z głosem Trulsa Heggero jest największą z wszystkich rozrzuconych po 11 opublikowanych ścieżkach. Śpiew na pograniczu indie i folku z niebanalnym rytmem w tle delikatnie kojarzy się z Akron/Family, ale faktycznie jest kolejnym świadectwem unikalnej wizji kreowania dźwięków jaką obrali norwescy muzycy. Słuchając kolejnego kawałka – A perennial candidate – pomyślałem „spróbujcie [dziennikarze] zaszufladkować to”, ale podobny problem staje i przede mną. Rozwiązanie jest jednak bardzo łatwe – wszelkie moje tagi wpisane pod tym (i wieloma innym) artykułami/recenzjami to umowne kierunkowskazy. Warto zaznaczyć czy na albumie znajduje się elektroniczna muzyka, instrumentalna, skomplikowana czy prosta. Nie ma jednak sensu kurczowo trzymać się kategorii, które dla The Samuel Jackson Five po prostu nie obowiązują.

W Tremulous silence śpiewa Pål Angelskår… Pamiętacie jak kiedyś naukowcy sądzili, że Droga Mleczna jest jedyną galaktyką we wszechświecie, a później odkryli, że nie sposób zliczyć ich ostatecznej liczby? Tak samo jest z tym albumem – już zdaje się, że słyszeliśmy wszystko, kiedy nagle kapela odkrywa przed nami całe galaktyki zupełnie niespodziewanych dźwięków. Tremulous silence ze swoim stylistycznym bogactwem i melancholijnym wokalem Angelskåra jest moim ulubionym kawałkiem z całego albumu. Ekspansja brzmienia trwa w …and then we met the locals, które rozpoczyna się od elektronicznych dźwięków. Przez chwilę można odnieść wrażenie, że „post-rockowcy” zagarną ten kawałek dla siebie, ale później odzywają się skrzypce i saksofon – wszelkie nachalne etykietki znowu zostają zamiecione pod dywan. Materiał zamyka krótkie i wyciszające Low entropy oparte na brzmieniu akustycznej gitary.

Przyznaję, że nie takiego albumu spodziewałem się po The Samuel Jackson Five, ale jako fan jazzującego Iggiego Popa i elektronicznego Danziga zaskoczenie z wyrafinowanym smakiem cenię sobie w muzyce najbardziej. Jeżeli natomiast nie mieliście wcześniej do czynienia z tym projektem to nie ma lepszego startu od ich najnowszego krążka. Uwalniają się tutaj z wszelkich gatunkowych okowów i stają się reprezentantami muzyki nieuchwytnej w żadne słowa. Sławne zdanie Franka Zappy aż proszę o ich przywołanie: „pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze”.

Reklamy

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: