//
Read Between The Lies
Recenzje

Chromatics „Kill for Love”


Chromatics
Kill for Love

Italians Do It Better, 2012
01. Into the Black
02. Kill for Love
03. Back from the Grave
04. The Page
05. Lady
06. These Streets Will Never Look the Same
07. Broken Mirrors

08. Candy
09. The Eleventh Hour
10. Running from the Sun
11. Dust to Dust
12. Birds of Paradise
13. A Matter of Time
14. At Your Door
15. There’s a Light Out On the Horizon
16. The River

Portalnd, Oregon – jedno z najważniejszym miejsc na muzycznej mapie dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Po zespołach pochodzących stamtąd można spodziewać się charakterystycznego brzmienia, ale Chromatics nie robią sobie nic z tak prostych oczekiwań. Do wydania Night drive – poprzedniego albumu – byli zupełnie przeciętnym indie rockowym zespołem z delikatnym odchyleniem na punk rock. Później inspiracja uderzyła wprost z półwyspu apenińskiego – podpisali kontrakt z wytwórnią Italians Do It Better oraz obwieścili wszem i wobec, że przenieśli się do szufladki opisanej hasłem „italo disco”.

Jak nie trudno się domyśleć, zainteresowanie Chromatics krążyło wokół współczesnych odniesień do włoskiego disco, a nie samego źródła. Nie sposób powiązać ich z Kenem Laszlo, ale już z Neon Indian lub The Golden Filter bez problemu. Swoim nowym obliczem zyskali dużą sympatię recenzentów i mnóstwo nowym fanów na całym globie. Od tego czasu minęło aż pięć lat, jednak Chromatics powracają jak gdyby nic się od tego czasu nie zdarzyło. To mógłby być zarzut, ale kiedy zespół brzmi tak samo dobrze, jak na poprzednim świetnym albumie to jest to przynajmniej zachęta.

Szesnaście utworów i prawie osiemdziesiąt minut muzyki spokojnie starczyłoby na dwa krążki, ale najwyraźniej kapela chce zrekompensować fanom tak długi czas oczekiwania na nowy materiał. Zaczynają coverem Neila Younga (Into the black), ale jest to ten typ przerobienia cudzego utworu, którego słuchanie sprawia ogromną przyjemność – różnice między obydwoma wersjami są ogromne (przede wszystkim stał się balladą). Wraz z wejściem elektronicznych dźwięków przyszło skojarzenie z The XX, ale już w bardzo samplowanym Kill for love rozmazało się na rzecz Chairlift czy MGMT. Nie są to jednak na tyle silne porównania aby oskarżać Chromatics o odtwórczość, poruszając się w znanym obszarze stylistycznym potrafią kreować własny styl.

Back from the grave wprowadza trochę radosnych dźwięków do dotychczas melancholijnej atmosfery, a The page wywołuje kolejne skojarzenie – Joy Division. Do Lady nie byłem jeszcze pewien czy podoba mi się nowe Chromatics czy nachalnie atakujące porównania zniechęcają do dalszego słuchania. Każdy jeden dźwięk tego utworu okazał się hipnotyczną mantrą i już chciałem go zapętlić, gdy tajemniczo zaczynające się These streets will never look the same unieruchomiło mnie. Klawisze grają swoje, bas swoje, perkusja wybija prosty rytm, a wokal jest przesterowany z zamierzoną przesadą – majstersztyk i to prawie dziewięciominutowy. To będzie jedna z lepszych płyt w tym roku, nie ma innej możliwości.

Broken mirrors balansuje na granicy dźwięku i ciszy, brzmi jak fragment ścieżki dźwiękowej do thrillera z lat 80. Można nawet dokładniej wskazać – brzmi jakby współautorem był John Carpenter (inspirację tę zauważa wielu recenzentów, a muzycy Chromatics otwarcie się do niej przyznają). Mam nadzieję, że znajdzie się filmowiec zafascynowany Chromatics, każda produkcja z takim tłem muzycznym dostałby przynajmniej gwiazdę więcej u dziennikarzy. Zespół zmusza słuchaczy do nasłuchiwania, a gdy zaczyna się – wyrwane z kontekstu wcale nie głośne – Candy, wrażenie jest monumentalne. Dla odmiany, po dwóch długich kawałkach, trwa zaledwie trzy minuty. Niewiele więcej ma The eleventh hour – ponownie sytuujące odbiorców na sali kinowej sprzed trzydziestu lat.

W Running from the sun dominuje pianino i vocoder całkowicie maskujący rzeczywisty głos Ruth Radelet. Całość trwa siedem minut, ale tempo jest tak wolne, że rzeczywiście zdaje się mieć dużo więcej. Wyraźna gitara z Dust to dust przywołuje korzenie Chromatics, ale nie towarzyszy jej reszta tradycyjnego rockowego instrumentarium – wspiera się elektronicznymi dźwiękami i schowaną za tym wszystkim melorecytacją. W Birds of paradise Ruth przypomina, że jej głos i bez technicznych sztuczek brzmi rewelacyjnie, tło ponownie stanowią przede wszystkim klawisze (zarówno te syntezatora, jak i pianina). Dominację wyciszenia przerywa mocny bit z A matter of time, w którym czuć smak Bat for Lashes w jej depresyjnej odsłonie. At Your door to już niemal electroclash, gdzie optymistyczna muzyka ściera się z pesymistycznym śpiewem. Takie oblicze Chromatics zdecydowanie ustępuje mechanicznemu oldschoolowi z There’s a light out on the horizon czy zamykającemu album The river, które zawiera niemal wszystkie elementy wcześniejszych piętnastu utworów (od pianina i czystego wokalu, przez odznaczającą się gitarę, po Carpentera).

Na koniec przyznam się do czegoś… Kilka dni temu trafiłem na recenzję Kill for love na Pitchforku i byłem przekonany, że jest gloryfikacją czegoś zupełnie przeciętnego. Chciałem ustawić się w kontrze, ale ostatecznie mam wrażenie, że Marc Hogan i tak za nisko ocenił nowe Chromatics. Kupujcie/ściągajcie w ciemno, to nie tylko jeden z najlepszych albumów w 2012 roku, ale jeden z lepszych jakie zostały nagrane.

Advertisements

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: