//
Read Between The Lies
Recenzje

Lana Del Rey „Born To Die”


Lana Del Rey
Born To Die
Interscope/Polydor/Stranger, 2012
01. Born to Die
02. Off to the Races
03. Blue Jeans
04. Video Games
05. Diet Mountain Dew
06. National Anthem
07. Dark Paradise
08. Radio
09. Carmen
10. Million Dollar Man
11. Summertime Sadness
12. This Is What Makes Us Girls

Nie ma nic trudniejszego niż rzetelne (nie obiektywne, bo takiego nie uznaję) recenzowanie albumu, któremu wystawiło się już ocenę a priori. Nachalna obecność Lany w internecie spowodowała, że można ją albo kochać albo nienawidzić, trudno ustawić się w neutralnej pozycji. Akurat dla mnie ona i Gotye to plaga równie irytująca jak podarcie Biblii przez Nergala czy aborcje Czubaszek. Lizzy (bo tak naprawdę nazywa się Lana) nie jest jednak winna wyjątkowych zdolności adaptacyjnych w sferze muzycznych gustów, więc Born to die oceniać będę jakbym nigdy wcześniej nie słyszałem żadnego z utworów na nim zawartych.

Zaczyna się hipnotyzująco za sprawą tytułowego kawałka. Smyki i mocny bit budują posępny trip hopowy klimat, ale głos Lany nie poddaje się zasugerowanej stylistyce – słucha się go bardzo dobrze, ale automatycznie mnożą się porównania: Bat for Lashes, Polly Scattergood, Lykke Li itp. Off to the races zdradza nieprzeciętne zdolności wokalistki: od nonszalanckiego mamrotania tekstu, jakby składał się z jednego długiego wyrazu, przez śpiew nastolatki, aż po głos podobny wyżej wymienionym wokalistką. W Blue jeans zaczyna się klarować wizja towarzysząca twórcą tego albumu – muzyka nie jest tutaj dominującym składnikiem, ale producenckim posmakiem. Akompaniamentem Lany jest przede wszystkim studyjna inżynieria, a czasem można wręcz odnieść wrażenie, że to artystka stała się tłem dla popisów szeregu producentów.

Miałem nie odnosić się do facebookowej plagi, więc o przeboju Video games napiszę krótko – nie przemawia do mnie, ale na tle pozostałych napompowanych numerów jawi się jako jedyny naprawdę szczery i od początku do końca należący do Lany Del Rey. Mimo mojego uodpornienia się (skłamałbym twierdząc, że nie wynika ono przede wszystkim z uprzedzenia), całkowicie rozumiem fenomen tej piosenki i zdecydowanie mniej nerwowo reaguję na nią niż na Somebody that I used to know. Diet mountain dew to już bardzo zły kawałek. Wokalistka próbuje sprostać hip hopowemu bitowi, ale to bardzo wyraźnie nie jej estetyka. Brnie w groteskową hybrydę Lady Gagi i Santigold w National anthem, który brutalnie kaleczy uszy.

Dark paradise wraca do klimatów wielbionych przez fanów artystki, ale nie ma w tym utworze nic na czym można by się zatrzymać. To całkowicie gładka kompozycja, bez silnych i słabych stron, wybrzmiewa przez cztery minuty, a później znika niemożliwa do odtworzenia w pamięci. Mniej więcej podobnie jest już do samego końca – niby solidnie, chwilami chwytliwie, wokalnie bardzo dobrze, ale w podsumowaniu zupełnie nijako.

Lana nie dźwignęła presji, zresztą śmiem twierdzić, że niewiele miała w tej kwestii do powiedzenia. Poddała się rzemieślniczym dłonią, które uformowały ją na potencjalnie najlepiej sprzedający się towar. Born to die nie jest złą płytą, ale nie jest też dobrą, to bezkształtna papka pozbawiona charakteru, która na pewno przyniesie kupę kasy, ale nie wróży dobrze na przyszłość artystce, która firmuje tych piętnaście utworów własnym nazwiskiem.

Advertisements

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: