//
Read Between The Lies
Wywiady

Wywiad: Ben Ward (Orange Goblin)

Po usłyszeniu hasła „stoner” Orange Goblin będzie jednym z pierwszych zespołów o jakich pomyślicie. Kochają piwo, Polskę i Władcę Pierścieni. M.in. o tym i o nadchodzącym nowym albumie rozmawiałem z liderem i wokalistą kapeli – Benem Wardem.

Słuchanie Red tide rising jest uzależniające, ale dlaczego na nowy album Orange Goblin trzeba było czekać aż pięć lat?

Po prostu życie weszło nam wszystkim w drogę… naprawdę. Większość ludzi wie, że zespół nie jest tym czym zajmujemy się zawodowo. Mamy prace, rodziny, kredyty i inne zobowiązania, które trzeba opłacać. Obecnie kapela jest dla nas bardziej jak hobby. Dobrze jednak mieć takie hobby – wyjeżdżać na wakacje z kumplami, dostawać darmowe piwo i jeszcze otrzymywać za to wynagrodzenie. Myślę, że zawsze wiedzieliśmy, że zbierzemy się do nagrania nowego albumu, ale była to kwestia znalezienia czasu. Nie chcieliśmy niczego pośpieszać, szukaliśmy odpowiedniego studia i odpowiedniego producenta. Mieliśmy świadomość, że po tak długim czasie oczekiwania wobec albumu będą duże. Wiedzieliśmy, że nie możemy dostarczyć starego materiału albo pierwszego lepszego, jaki wpadnie nam do głowy. Przeznaczyliśmy mnóstwo czasu na pisanie piosenek, fragmenty zmienialiśmy, inne wycinaliśmy, jeszcze inne wstawialiśmy. To długi proces jeżeli ma być wykonany dobrze. Jesteśmy zadowoleni z rezultatu i myślę że osoby, które tak długo czekały będą uważały, że było warto.

Reszta albumu brzmi tak masywnie jak pierwszy opublikowany kawałek czy można spodziewać się bluesa w klimatach Black Sabbath znanego z wczesnych nagrań Orange Goblin?

Jest sporo zróżnicowanych wpływów na tym albumie, ale ogólny styl jest bardzo zbliżony do oczekiwań większości fanów Orange Goblin. Jest sporo klimatów Sabbath, ale także beztroskie bluesowe granie.

Wkrótce po wydaniu Healing through fire, wasza wcześniejsza wytwórnia (Sanctuary Records) została wykupiona przez Universal Music. To był główny powód przeniesienia się do Candlelight – mniejszej ale bardziej niezależnej wytwórni?

Tak, po Healing through fire, Sanctuary Records zostało przejęte przez Universal a my zostaliśmy bez domu. Candlelight było pierwszą ekipą, która zgłosiła się do nas i z miejsca zaimponowali nam entuzjazmem do współpracy. Mają wyrobioną dobrą reputację głównie pośród death i black metalowych kapel, ale od razu wiedzieliśmy, że będzie to dla nas dobre posunięcie. Byli bardzo cierpliwi i profesjonalni w całej tej sprawie, jesteśmy bardzo zapaleni do długofalowej współpracy.

Niektóre kapele nienawidzą swoich najpopularniejszych utworów, masz podobne odczucia do Scorpionica? Myślisz, że na A eulogy for the damned znajdzie się kawałek, który ją przyćmi?

Nie mam absolutnie żadnego problemu z graniem jakiegokolwiek materiału. Jeżeli takich piosenek publiczność chce słuchać, to granie ich jest dla mnie czystą przyjemnością. Scorpionica zawsze zamyka set i jeszcze trochę zajmie zanim zostanie zdetronizowana! Rozumiem co masz na myśli i mam nadzieję, że za kilka lat piosenki z nowego albumu będą uważane za tak samo mocne jak nasz wcześniejszy materiał. Im jesteśmy starsi, tym trudniej wyselekcjonować set koncertowy, mamy już do wyboru ponad osiemdziesiąt utworów!

Nie spodziewałbym się, że Andy Jackson (współpracownik m.in. Pink Floyd) będzie uczestniczył w nagraniu metalowego albumu. Mieliście podobną wizję A eulogy for the damned?

Andy został zatrudniony do masteringu materiału na sam koniec projektu. Nagraniami i miksami zajął się Jamie Dodd, to on był główną postacią tego krążka i wielką pomocą w studiu. Jego wkład w powstanie albumu nie powinien być umniejszany. Andy Jackson włożył jedynie ostateczne tchnienie, nawet nie mieliśmy czasu na dłuższą rozmowę z nim. Powiedzieliśmy tylko jaka powinna być kolejność utworów i poprosiliśmy żeby upewnił się, że będzie głośno i przyjemnie.

Każdy już pogodził się z faktem, że na płytach nie można zarabiać tyle, ile zarabiało się w latach 60. i 70. Mam jednak wrażenie, że metalowa publiczność znacznie bardziej ceni fizyczne wydawnictwa niż publiczność np. popowa. Faktycznie odczuwacie większe zainteresowanie merchem podczas występów niż w sklepach?

Wychodzimy dobrze na sprzedaży merchu i – jak powiedziałeś – wiele zespołów grających ten rodzaj muzyki opiera się na jego sprzedaży aby po prostu przeżyć. Nie sprzedajemy jednak wystarczająco dużo by utrzymywać się wyłącznie z tego. Wytwórnie biorą swoją działkę ze sprzedaży, więc zespoły dostają bardzo mało zwrotów kosztów, najwięcej zarabiamy na koszulkach i innych przedmiotach tego typu.

Wytwórni coraz częściej próbują nowych sposobów wydawania muzyki, ale wśród fanów metalu niezmiennie zdaje się królować winyl. Jaki sposób wydawania a jaki słuchania najbardziej odpowiada Tobie?

Myślę, że najlepiej jest kiedy nasza muzyka ukazuje się w każdym możliwym formacie. Wydaje mi się, że na dzisiejszym rynku zespoły pokroju Orange Goblin muszą zaspokajać wszystkie handlowe potrzeby: albumy muszą być dostępne w formie cyfrowej, na płytach CD i na winylach. Dla starych fanów muzyki, takich jak ja, analog zawsze będzie najchętniej kolekcjonowany. Nie ma to jak kupić ulubiony album na winylu i słuchać go czytają teksty z dwuskrzydłowej okładki.

Czekasz na nowy album Sabbs czy wolałbyś żeby nie ryzykowali statusu „legendy”?

Stało się bardzo dobrze, że ponownie złączyli siły nie tylko żeby pracować nad nowym albumem, ale także planują zagrać kilka koncertów w lato (o ile zdrowie Tony’ego Iommiego będzie wystarczająco dobre). Będzie fantastycznie zobaczyć mój zespół wszech czasów ponownie razem na scenie, grający wszystkie te klasyczne utwory! Album na pewno będzie interesujący, mam tylko nadzieję, że będzie tak dobry jak wszyscy oczekujemy tego po Black Sabbath. Tony, wracaj szybko do zdrowia!

Są jakieś młode kapele, które poleciłbyś fanom Orange Goblin?

Jest w tej chwili sporo dobrych młodych kapel z Wielkiej Brytanii. Ludzie powinni sprawdzić co następuje: Uncle Acid & the Deadbeats, Dopefight, Slabdragger, Age of Taurus, Grifter (nie taki młody, ale równie niesamowity), Desert Storm i masę więcej.

Media często określają was jako „królów” czy „legendy” stonera, macie poczucie silnego oddziaływania na inne zespoły?

Jeżeli zespoły, czy ludzie w ogóle, mają tego typu szacunek dla Orange Goblin to bardzo to doceniamy. Nie powiedziałbym tego o nas samych, bo to nie jest moje rola. Myślę, że konsekwentnie piszemy dobrą muzykę, a jeśli możemy przy okazji zainspirować nowe kapele to jest to dodatkowa korzyść.

Frequencies from planet Ten i nazwa twojej kapeli, są inspirowane twórczością Tolkiena. Gdyby zadzwonił do Ciebie Peter Jackson z propozycją roli we Władcy Pierścieni albo Hobbicie to kogo chciałbyś zagrać? Chcielibyście nagrać także ścieżkę dźwiękową do filmu którejś z tych ekranizacji?

Byłbym Sarumanem, złym czarnoksiężnikiem żyjącym w samotności w przerażającej wieży! Przedyskutowaliśmy pomysł napisana muzyki inspirowanej Tolkienem wiele lat temu, ale opowieść jest tak epicka, że chyba nie bylibyśmy w stanie sprawiedliwie oddać jej charakteru. Może Manowar powinien to zrobić!

Rozmawiałem z częścią artystów, którzy występowali z wami na festiwalu Globaltica w Gdyni. Część z nich twierdziła, że bali się nawet podejść do waszego namiotu. Często spotykacie się z takimi reakcjami?

Nie, zupełnie nie. Właściwie to wszyscy jesteśmy bardzo przystępnymi ludźmi i nie takimi strasznymi jakby się mogło wydawać.

Jak wspominasz ten festiwal? Rzadko się zdarza, że gracie w środku mocno zalesionego parku, dzieląc scenę z folkowymi i etnicznymi wykonawcami.

Pamiętam, że prawie przez cały czas lał deszcz, a my postanowiliśmy przedrzeć się przez las żeby zobaczyć brzeg morza Bałtyckiego. Spędziliśmy sporo czasu z częścią artystów, którzy występowali na tym festiwalu, byliśmy bardzo eklektyczną grupą osób, ale bawiliśmy się bardzo dobrze. Zawsze dobrze spędzamy czas w Polsce!

Byliście w Polsce kilka razy, macie stąd jakieś niezwykłe (dobre lub złe) wspomnienia?

Oczywiście najważniejszym dla nas wydarzeniem w Polsce były występy przed Heaven & Hell! Graliśmy w dwóch olbrzymich halach, naprzeciw tłumu ludzi. Poza tym możliwość poznania Ronniego Jamesa Dio, Geezera Butlera, Tony’ego Iommiego i Vinniego Appice’a była prawdziwym zaszczytem. Kiedy pierwszy raz graliśmy w Polsce (chyba we Wrocławiu) też było bardzo dobrze, poznaliśmy wielu fajnych fanów i zostałem przegoniony przez całą ulicę przez psa wielkości niedźwiedzia!

Wiem, że to zależy od promotorów/agentów, ale czy możemy liczyć na koncerty promujące A eulogy for the damned w Polsce?

Mam nadzieję! Byłoby świetnie wrócić, ale na razie czekamy. Może festiwal albo dwa przed końcem tego roku.

Advertisements

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: