//
Read Between The Lies
Artykuły

Jarboe: Charon muzyki niezależnej

Charyzma to coraz rzadsza cecha artystów, często zastępuje ją kontrowersyjność obdarta z jakiegokolwiek przekazu poza próbą zaszokowania samą w sobie. Jarboe, mimo że nie lansuje się w oderwaniu od twórczości, osobowością mogłaby obdarzyć kilkanaście zespołów. Za słowami Winstona Wolfa z Pulp Fiction: „to, że masz charakter nie znaczy, że jesteś z charakterem”.

Kariera Jarboe la Salle Devereaux na dobre rozpoczęła się kiedy związała się z Michaelem Girą (niektóre źródła mówią nawet o ślubie) i zasiliła jego projekt – Swans. Wcześniej (w 1984r.) nagrała debiut solowy, ale żadna z wytwórni nie była zainteresowana „dziwnym” materiałem. Ostatecznie samodzielnie wydała materiał nazwany Walls, co uniemożliwiło jej dotarcie do szerokiego grona odbiorców (przypominam, że w latach 80. mało kto słyszał o internecie). Do Swans wepchnęła się sama: „to było wtedy, gdy usłyszałam coś zupełnie wyjątkowego i »plemiennego« – Power for power z albumu Filth. Piekłam właśnie ciasteczka w kuchni mamy, kiedy lokalna stacja radiowa zaczęła emitować ten kawałek. Jeździłam po całym mieście szukając tego nagrania, a kiedy okazało się, że nie ma go nigdzie pojechałam do siedziby stacji i »pożyczyłam« ich egzemplarz. Słuchałam tego na okrągło, zwłaszcza kiedy podnosiłam ciężary”. Można by pomyśleć, że Jarboe miała poważne zaburzenia, ale w dobie natychmiastowego dostępu do niemal każdej muzyki, trudno wyobrazić sobie emocje, rodzące się gdy po usłyszeniu hipnotyzującego utworu nie można przesłuchać go ponownie. Co do siłowni, to także nie była fanaberia artystki, pracowała wówczas jako performerka i musiała dbać o kondycję (ćwiczy także kickboxing, wspina się i codziennie biega). Talent wokalny odkryli w niej rodzice, zaczynała jako śpiewaczka w katolickim chórze dziecięcym, a w tamtym momencie zrozumiała swoje prawdziwe powołanie.

Muzycy Swans, którymi w tamtym czasie byli: Harry Crosby (chwilę później wymieniony na Algisa Kizysa), Norman Westberg, Roli Mosimann i Michael Gira, mogliby potraktować Jarboe jak natrętną groupies (żeby spotkać się z kapelą przyleciała z Georgii do Nowego Jorku) gdyby nie to, że na dzień dobry odebrała im wszelkie argumenty przy użyciu wyłącznie własnego głosu. Fala świeżości była na tyle silna, że spłukała niemal całkowicie noise’ową otoczkę, ale przyniosła też nowości: spowolnienie tempa do ledwie czołgającego się (od Greed zaczął się sludge) i okultystyczny, ponury ton. Nowy skład i nowe brzmienie okazały się na tyle dobrze skonfigurowane, że jednorazowo zarejestrowano aż trzy wydawnictwa: EPkę A screw oraz bliźniacze albumy Greed i Holy money. Ta pierwsza jeszcze nie zdradza kierunku zmian, utwór tytułowy spokojnie mógłby znaleźć się na wcześniejszym Filth, a Blackmail to nostalgiczna fortepianowa ballada z debiutem Jarboe w roli głównego głosu Swans. Kolejne (kilka lat później wydane jak całość) detronizują mocno przesterowaną gitarę na rzecz bębnów i inkantacji. To właśnie do tego brzmienia „łabędzi” przyległy liczne post-rzepy: post-punk, post-rock, post-industrial. Na kolejnym krążku (Children of god) dochodzi jeszcze post-folk (akurat w tym wypadku częściej opisywany z przedrostkiem „neo”), a wszystko to na tyle irytuje Girę, że postanawia zawiesić działalność grupy.

Nowy projekt pary otrzymał nazwę The World of Skin (w Eurpie nazywany skrótowo Skin), z założenia miał eksplorować akustyczne sfery inspiracji muzyków i stworzyć przestrzeń dla pełnego rozkwitu wokalnych zdolności Jarboe. Za jednym zamachem zarejestrowano około półtorej godziny, który podzielono na dwa wydawnictwa – Blood, women, roses (wydany w 1987 roku) i Shame, humility, revenge (z 1988 r.) – za klucz obierając główny wokal. Wcześniejszy (w chronologii wydawniczej) materiał zdominował fortepian i charakterystyczny głos Jarboe, dając efekt kojarzący się Diamandą Galás. Poza autorskimi utworami wokalistka zaryzykowała także kilka coverów, na szczęście trudno rozpoznać, że np. Cry me a river to ten sam utwór, który pierwotnie wykonywała Ella Fitzgerald. Kontrasty z oryginalnymi wersjami doskonale ukazują jak lamentacyjna stała się twórczość duetu, najlepszym przykładem jest wersja I wanna be Your dog z repertuaru The Stooges (znajdująca się na albumie z wokalami Michaela), której spowolniona została nawet nazwa – I want to be Your dog.

Jeszcze w tym samym roku Swans powróciło. Najwyraźniej w nagrywaniu nietypowych coverów liderzy zauważyli oczyszczający z szufladkowania potencjał, postanowili przedstawić swoje wersje Love will tear us apart Joy Division (po jednej na każdy głos prowadzący). Wersja Michaela stała się bardzo popularna, podbiła studenckie listy przebojów i zarobiła dla kapeli pierwsze bardzo duże pieniądze. Gira z początku cieszył się osiągnięciem finansowego sukcesu, ale aktualnie uważa nagranie za pomyłkę i nie zgadza się na reedycje wersji ze swoim głosem.
Łowcy wytwórni Uni/MCA naprędce sporządzili kontrakt i wkrótce ukazał się kolejny długogrający album łabędzi – The burning world. Okazało się jednak, że każda ze stron ma zgoła inne oczekiwania. Zespół liczył na promowanie ich autorskiego materiału, włodarze kompanii chcieli tego, czego chcą wszystkie duże firmy – jak najwyższych dochodów. Do nagrań zaangażowano nawet jednego z najbardziej rozchwytywanych producentów, Billa Laswella, a liczni sesyjni muzycy mieli nadać bardziej rozbudowany charakter twórczości Swans. Z finalnego efektu nie był zadowolony nikt. Wydawca próbował napchać surowe brzmienie zespołu studyjnymi sztuczkami, Gira kompozytorsko wzbraniał się, a w tym wszystkim Jarboe znowu spadła na odleglejszy plan. Ostatecznie umowa z kapelą została zerwana, a sam materiał bestialsko wymazany z katalogu MCA jako jeden z najsłabiej sprzedających się w historii.

Mimo komercyjnej klapy, niezależne media zadają sobie trud dotarcia do informacji o prywatnym życiu Jarboe. Ustalają, że pochodzi z „brzoskwiniowego stanu” – Georgii, ale do dziś nie jest znany rok jej urodzin. Mimo licznych podróży po Stanach i Europie, a także dłuższym epizodem w Nowym Jorku, artystka postanowiła pozostać w rodzinnej okolicy i do dziś zamieszkuje odziedziczony po matce dom w Atlancie (plotka głosi, że w jego piwnicy urządziła pomieszczenie do odprawiania rytuałów). Jedną z najbardziej nośnych medialnie ciekawostek (znajdziecie ją na początku niemal każdego bio Jarboe) jest zawód ojca piosenkarki – był agentem FBI angażowanym do licznych tajnych operacji na terenie całego kraju. Mogłoby się wydawać, że córka gorliwej katoliczki i agenta federalnego (w dodatku mieszkająca na prowincji) musi być aniołem w ludzkiej skórze. Jarboe nim nie była. Szybko zaczęła eksperymentować z używkami, przez co jako nastolatka na krótki okres trafiła pod obserwację psychiatryczną.

Zrażeni nieprzyjemnym doświadczeniem Jarboe i Michael postanowili nagrać trzeci album The World of Skin, ale i on nie przyniósł oczekiwanego sukcesu. Niezdecydowana pod jakim szyldem kontynuować działalność para, w końcu postawiła na projekt o mocniej ugruntowanej pozycji. Aby uniknąć nieporozumień z nastawionymi głównie na zarobek biznesmenami, Gira założył własną wytwórnię – Young God (dzisiejszy „dom” m.in. Akron/Family, Devendry Banharta czy Lisy Germano). Album White light from the mouth of infinity okazał się jeszcze bardziej odmienionym typem brzmienia Swans. Nadal dominują akustyczne klimaty, ale oscylujące także wokół muzyki typowo rockowej, a nawet popu.

Coraz lżejszy materiał współtworzony z Girą od dłuższego czasu produkował efekt uboczny w postaci ponurych kompozycji Jarboe. W 1991 roku uzbierało się ich wystarczająco dużo (siedemnaście) aby zarejestrować drugi solowy album (Thirteen masks). Kolejne wydawnictwa Swans – Love of life i The great annihilator – postępowały ku złagodzeniu brzmienia kapeli. Mimo nadal mrocznej atmosfery zniknęły potężne bębny i hałaśliwe gitary, a pojawiły się dźwięki, które usadowiły ostatnią (jak się wówczas wydawało) inkarnację „łabędzi” w otoczeniu Sol Invictus czy Rome (które zresztą wymieniają projekt Michaela i Jarboe jako jedno z głównych źródeł inspiracji).

W międzyczasie wokalistka nagrała kolejną porcję muzyki poza jej najpopularniejszym projektem, tym razem w duecie z multiinstrumentalistą Larym Sevenem. Obecnie album, wydany jako Beautiful people ltd., jest praktycznie niedostępny, a szkoda bo wielu dzisiejszych twórców alternatywnego popu i folku mogłoby się przekonać ile z „ich” pomysłów wybrzmiało już blisko dwadzieścia lat temu. Seven to mało znana postać, kompleksowo zająć się warstwą instrumentalną krążka – zagrał na m.in. perkusji oraz szeregu instrumentów akustycznych i elektronicznych.
Przed wieloletnim zawieszeniem działalności Swans, Jarboe nagrała jeszcze jeden samodzielny album – Sacrificial cake. Wydała go wytwórnia należąca do East Bay Raya i Jello Biafrę (gitarzystę i wokalistę Dead Kennedys) – Alternative Tentacles, która na przestrzeni lat współpracowała z m.in. Amebix, Witch Hunt, Neurosis czy Butthole Surfers.

Dokładne przyczyny rozwiązania Swans nie są znane. Jedne źródła wskazują na prywatne napięcia po rozstaniu się Jarboe i Michaela (oraz nasilające się uzależnienie alkoholowe po obydwu stronach), inne na różnice w wizji przyszłego brzmienia kapeli. Na pewno obydwie równoważne siły kapeli zaczęły słabnąć na rzecz innych projektów, a w końcu naturalnie zanikły. Na pożegnanie ukazał się, współcześnie często naśladowany pomysł, soundtrack do nieistniejącego filmu – Soundtracks for the blinds. Aktualnie (od 2010 roku) projekt jest reaktywowany – koncertuje, a także wydał album z premierowym materiałem – lecz bez Jarboe w składzie. Plotka głosi, że główną przyczyną jest obecna żona Michaela Giry, na tym jednak nie kończy się historia artystki.

Pierwszy post-Swansowy album, Jarboe nagrała i wydała samodzielnie. Można by pomyśleć, że to typowe zastępowanie braku pomysłu na siebie hasłem „powrotu do korzeni”, ale nic bardziej mylnego. Anhedoniac to album kompletnie inny od wszystkich wcześniejszych wokalistki (zresztą który nie jest). Melancholia jest jedynym trwałym elementem całej dyskografii Jarboe, tutaj jednak głównym narzędziem ekspresji jest, modelowany na niemal nieludzko brzmiące dźwięki, głos. Instrumenty są dla niego tłem, to on nadaje rytm i prowadzi każdą jedną kompozycję. Gdyby Sadako śpiewała to na pewno brzmiałaby właśnie tak. Anhedoniac jest rozliczeniem z pierwszymi krokami w muzycznym biznesie. Rodzice wokalistki wpychali ją w rozrywkową machinę wierząc, że może odnieść sukces niczym wychowankowie klubu myszki Miki (z tym, że klub ten powstał kilkanaście lat później). Okazało się, że show-biznes nie jest taki różowy, a Jarboe zamiast śpiewać w chórkach gwiazd kończyła z nimi w łóżku. Jaka twierdzi doznała wówczas wszelkich możliwych form upokorzenia. Oczywiście nie mogło w tym zabraknąć dragów, które parokrotnie doprowadziły artystkę do stanu bliskiego zgonu.

W tym samym – 1998 – roku, artystka brała udział w nagraniach do jeszcze trzech albumów. Najpierw zaangażowała się w projekt Christusa 777 – Ignis Fatuus. Krążek The futility goddess powstawał w głowie muzyka przez ponad pięć lat, ale nie ma się czemu dziwić – nie jest to produkcja oparta na kilkuosobowym zespole, ale klasyczny krążek o nawiedzonym klimacie i bardzo szerokim instrumentarium. Następnie powstała ścieżka dźwiękowa do nisko budżetowej produkcji Two small bodies, a w końcu – dzisiaj praktycznie nieosiągalną EPkę – Karma: Trance.

1999 rok Jarboe zaczęła od kolaboracji z Backworld, projektem Josepha Budenholzera – jednej z najważniejszych person neo-folku. Zaśpiewała w utworze Beautiful dream na albumie Isles of the blest. Później nagrywała jeszcze z m.in. ambientowym PBK. Swój kolejny album wydała w 2000 roku, po raz kolejny bez podpisania kontraktu z wytwórnią. Jako główną inspirację tego krążka, artystka podaje podróże po świecie. Ponadto uważa, że Anhedoniac był wyzwoleniem choroby, a Disburden disciple jest lekarstwem. Jako, że pojawił się regularny zespół (cały krążek ma bardzo rockowy wydźwięk) występowanie wyłącznie pod swoim imieniem wydawało się jej niestosowne, po raz pierwszy użyła więc szyldu „The Living Jarboe”.

Z ważniejszych gościnnych występów w kolejnych latach, zaśpiewała: na The woman in the dunes Stevena Severina (współzałożyciela Siouxsie and the Banshees); w utworach The noose i Lullaby na Thirteenth step – drugim albumie A Perfect Circle; w Storm comin’ on na Lifeline Jesu; na Trekka z „V” is for vagina Puscifer. Z perspektywy polskiego fana wyróżnić muszę (i chcę) koncertowe DVD The Living Jarboe oraz włoskiej kapeli Larsen, zarejestrowane podczas koncertu w kościele św. Jana w Gdańsku. Wydawnictwo nosi tytuł Krzykognia i jest spełnieniem marzenia artystki o zapisie solowej trasy po wschodniej Europie. Najważniejszą kolaboracją jest jednak, według mnie, wspólny album Jarboe i Neurosis z 2003 roku.

Jarboe celowo pozostawała bez podpisanego kontraktu, wolała totalną swobodę artystyczną zamiast wsparcie w promocji i sprzedaży materiału. W 2002 roku wydała zbiór remiksów Dissected, a w 2004 roku premierowe utwory jako Process oraz składankę z niepublikowanymi kawałkami z okresu działalności Swans i The World of Skin – A mystery of faith. Wszystkie trzy wydawnictwa należy traktować jak ciekawostki, a dopiero The men album z 2005 to kolejny materiał wokalistki, który trudno wypędzić z odtwarzacza. Znalazł się tutaj szereg znakomitych gości, m.in.: William Faith i Monica Richards (Faith and the Muse), Alan Sparhawk (Low), Paz Lenchantin (ex-A Perfect Circle), Blixa Bargeld (Einstürzende Neubauten), Steve Von Till (Neurosis), David J (Bauhaus), Edward Ka-Spel (The Legendary Pink Dots). W tym samym roku ukazał się jeszcze krążek The Conduit, a między 2008 a 2010 trzy kolejne: Mahakali (goście, m.in.: Attila Csihar z Mayhem i Phil Anselmo z Down), Durga, Alchemic.

W 2009 i 2010 roku wokalistka występowała we wrocławskim klubie Firlej (za drugim razem w ramach festiwalu Asymmetry). Regularne wpisy na oficjalnej stronie Jarboe nie świadczą o pracach nad kolejnym albumem. Artystka dużo pisze prywatnych przeżyciach (np. ostatnio cieszyła się nadejściem zimy), ale nie ma wątpliwości, że jeszcze nie wyśpiewała ostatniego słowa, a wkrótce ponownie zaskoczy ponurym brzmieniem i zaskakującymi kolaboracjami. Oby i wówczas zawitała nad Wisłę.

Reklamy

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: