//
Read Between The Lies
Artykuły

Między Kraftwerk a Hurts, krótka historia synthpopu

Lata 80. przyniosły zakończenie hegemonii gitar. Rozwijająca się technologia pretendowała do tronu z poczuciem doskonalenia świata. Tak jak kiedyś maszyny parowe zrewolucjonizowały przemysł, tak wszelkiej maści syntezatory miały na zawsze odmienić obliczę muzyki. Na czele „postępu” stał bijący rekordy popularności synthpop.

Na szczęście trzydzieści lat później wiemy już, że „żywa” i elektroniczna muzyka mogą współistnieć w doskonałej harmonii i łączyć się w rewelacyjne projekty. Nowe instrumentarium musiało trafić pod opiekę muzyków, a nie naukowców, a jedyni wówczas istniejący siłą rzeczy mieli do czynienia tylko z gitarami, perkusjami, pianinami itp. W 1963 roku trzej bracia Bradley skonstruowali melotron – jedno z pierwszych muzycznych narzędzi zaopatrzonych w elektroniczne wnętrze. Tzw. „smyczkowe organy” były faktycznie wyposażone w analogowy sampler, czyli krótkie odcinki taśm magnetofonowych odtwarzające się po wciśnięciu klawiszy. W ten sposób udało się zmieścić niemal całą orkiestrę w stosunkowo niewielkim obiekcie. Pionierami zastosowania melotronu w muzyce rozrywkowej byli m.in. Graham Bond, Mike Pinder (The Moody Blues), Keith Emerson czy – już dużo bliższy tematu tego artykułu – Edgar Froese (Tangerine Dream).
Na bazie tegoż instrumentu, rok później powstała platforma, dzięki,której stało się możliwe tworzenie elektronicznej muzyki – syntezator Roberta Mooga. W 1970 roku powstała natomiast jego miniaturowa wersja, umożliwiająca łatwy transport do każdej sali koncertowej i każdego studia nagraniowego. Jednymi z najbardziej znanych użytkowników „mooga” są Richard Wright (Pink Floyd) i Rick Wakeman (Yes). W warunkach europejskich instrument znalazł jednak inne zastosowanie niż rock progresywny. Niemieckie zespoły Can, Faust czy Kraftwerk uczyniły z niego główne źródło brzmienia nowego gatunku – krautrocka.

Kapusta, Pomarańcza i Popcorn

Jak to często w historii bywa – termin „krautrock” jest wytworem czysto dziennikarskim (wytworzonym przez brytyjskie New Musical Express i Melody Maker), z którym w najmniejszym stopniu nie identyfikowali się sami muzycy. Gdy przetłumaczymy słowo „kraut” trudno dziwić się tej niechęci, oznacza ono kapustę. Źródłosłów jest natomiast powiązany z albumem Psychedelic underground zespołu Amon Düül, znalazł się tak krótki utwór o tytlu Mama Düül und ihre sauerkrautband spielt auf (czyli Mama Düül i jej kapustokiszonyzespół intonują).
Słuchając choćby Amon Düül, Eloy i Kraftwerk trudno znaleźć dużo wspólnych mianowników, czyli cech charakterystycznych gatunku. Krautrock zdaje się być terminem wykreowanym z potrzeby nazywania wszelakich przejawów eksperymentalnej muzyki z Niemiec z przełomu lat 60. i 70. Część z tych eksperymentów zaczęła z czasem zwiększać proporcje syntezatorów w stosunku do pozostałych instrumentów, transformując się w pionierów synthpopu.

Pierwszy elektroniczny album bez akompaniamentu gitar i perkusji trafił do Europy w 1972 roku. Była to ścieżka dźwiękowa do filmu Mechaniczna Pomarańcza napisana przez Wendy (wówczas jeszcze Waltera) Carlos. W utworze March from a clockwork orange (przeróbce dziewiątej symfonii Beethovena) po raz pierwszy w historii muzyki zniekształcono śpiew za pomocą vocodera. Materiał Carlos był olbrzymią inspiracją dla m.in. Briana Eno (wówczas jeszcze grającego w Roxy Music), Philipa Oakeya (The Human League) czy Richarda H. Kirka (Cabaret Voltaire).
Pokusa dostępu do całkowicie nowego magicznego świata brzmień przyciągała artystów wszystkich gatunków. Nikt nie wiedział dokładnie co robić, przez co każdy startował z tymi samymi szansami. Nie było wielkich ikon, do których dziennikarze przyrównywaliby elektroniczne płody, nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć „nie tak to powinno brzmieć”. Takiej pokusie uległ amerykański jazzman Stan Free, który pod pseudonimem Hot Butter nagrał własną wersję Popcorn Gershona Kingsleya opartą o brzmienie syntezatora Mogga. Jestem w 100% pewien, że wśród czytających ten artykuł nie ma ani jednej osoby, która by owego coveru nie znała. Kawałek trafił do pierwszej dziesiątki list przebojów w m.in. Stanach, Anglii, Niemczech czy Australii. Był to pierwszy tak wielki sukces elektronicznej muzyki.

Elektroniczni samuraje

W tym samym czasie instrument Mooga trafił do Japonii, gdzie znalazł godnych siebie pasjonatów. Pierwszym, któremu udało zrobić się międzykontynentalna karierę był Isao Tomita. Skorzystał z recepty starej jak muzyka i wykorzystywanej do dzisiaj – nagrał swoje wersje znanych przebojów. Na albumie Electric Samurai: Switched on Rock znalazły się kosmiczne wersje m.in. Yesterday, Let it be, Love me tender czy Mrs.Robinson. Elektronika i rock mieszały się tutaj jednak z jeszcze jednym czynnikiem, któremu krążek zawdzięcza swoją ponadczasowo wyjątkowość – tradycyjną japońską muzykę. Dwa lata po premierze w ojczyźnie, „elektroniczny samuraj” ukazał się w Stanach. Tomita nie postanowił jednak iść za ciosem i kolejne kompozycje tworzył w oparciu o muzykę klasyczną, a nie rozrywkową (wynikało to m.in. z zafascynowania nagraniami do Mechanicznej Pomarańczy). Dla fanów anime znany jest jako autor utworów do m.ni. Kimba. Biały lew i Samuraj – Zmierzch.

Inną wielką postacią japońskiej sceny jest Haruomi Hosono, odkryty przez Osamu Kitajimę na albumie Benzaiten. Na krążku obok syntezatorów pojawił się także automat perkusyjny oraz elektroniczna perkusja. Znany z sięgania po niemal wszystkie dostępne gatunki muzyczne Kitajima (mający tytuł doktora), stworzył wraz z Hosono wybitny album, który do dzisiaj zaskakuje świeżością i niezliczoną ilością dźwięków.
Kariera Osamu zaczęła się w 1971 roku, kiedy to przeprowadził się do Anglii. Zafascynowany T.Rex i Sydem Barrettem postanowił nagrać debiutancki krążek pod pseudonimem Justin Heathcliff. Jest to dzisiaj jedna z najcenniejszych pozycji na kolekcjonerskim rynku Japonii. Benzaiten to jego drugi album, wydany już pod prawdziwym imieniem.
Hosono zaczynał natomiast jako basista folk-rockowych projektów, z których najbardziej znany to Happy End. Po przygodzie z elektroniczną muzyką Harry na zawsze porzucił tradycyjne formy tworzenia. W 1977 roku nagrał Paraiso w klimacie exotica, w 1978 ścieżkę dźwiękową do nieistniejącego bollywoodzkiego filmu Cochin Moon. Na obydwu krążkach śpiewa (wówczas jeszcze mało znany) czołowy „towar” eksportowy japońskiej muzyki – Ryuichi Sakamoto. W podzięce Hosono nagrał kilka partii na solowy debiut Sakamoto The Thousand Knives of Ryuichi Sakamoto. To kolejny przełomowy krążek, który aż kipi od inspiracji niemiecką elektroniką (czego najlepszym dowodem jest tytuł jednego z utworów Das Neue Japanische Elektronische Volkslied). We wszystkich tych produkcjach brał udział także nieco mniej charyzmatyczny perkusista – Yukihiro Takahashi. Współpraca tria Hosono/Sakamoto/Takahashi była bardzo wysoko oceniana przez krytyków i fanów, a co najważniejsze także przez samych muzyków. W 1978 roku postanowili założyć regularny zespół, który jest jedną z najjaśniejszych gwiazd na sklepieniu japońskiej muzyki rozrywkowej – Yellow Magic Orchestra. Pod tym szyldem realizowali wszelkie synthpopowe, chiptune’owe i inne elektroniczne pomysły. Ich popularność w rodzimej Japonii przeradzała się w fanatyczny obłęd, przygotowali swoją publiczność do tego co już za chwilę miała przeprowadzić zmasowany atak z zachodu.
Pierwsze typowo synthpopwe projekty z Japonii wydały swoje albumy w 1979 roku, były to Plastics, Hikashu i najbardziej popularne P-Model.

Pracownicy muzyki vs. punki

Rok po premierze Benzaiten (słowo brzmi bardzo niemiecko, ale jest to imię bogini z japońskiej mitologii), Kraftwerk dał swój pierwszy koncert w Wielkiej Brytanii. Obecni na nim muzycy Orchestral Manoeuvers in Dark byli pod tak ogromnym wrażeniem, że pozbyli się swoich gitar i zastąpili je syntezatorami. Niemiecki projekt miał już za sobą zaskakujący sukces w postaci krążka Autobahn, zaskakujący bo znalazło się na nim zaledwie pięć utworów, z czego najpopularniejszy trwa ponad dwadzieścia minut. Zespół wyjechał także na koncerty do Stanów i Kanady, przez cały czas eksperymentując ze swoim scenicznym wizerunkiem. Artyści i obsługa techniczna dopiero uczyli się nagłaśniania i prawidłowego instalowania elektronicznej aparatury. W studiu wystarczyła jedna osoba do zarejestrowania piosenki, ale do jej odtworzenia na scenie konieczna była większa ilość dłoni. Centralnymi postaciami Kraftwerk byli wówczas Florian Schneider i Ralf Hütter, reszta zmieniała się zgodnie z aktualnymi potrzebami.
Największy sukces zespołu przyszedł w 1978 roku wraz z wydaniem Die Mensch Maschine, zawierającego hit Das Model. Oddziaływanie Kraftwerk jest wyraźne niemal we wszystkich współczesnych gatunkach elektronicznej muzyki. Za wzór stawiali ich m.in. Depeche Mode, Soft Cell, Ultravox, Gary Numan, Joy Division (i New Order), David Bowie, Front 242 czy Nitzer Ebb.

Podczas gdy kontynentalna Europa i Japonia fascynowały się krautrockiem – gatunkiem, który nie istniał – w Stanach elektronika otrzymała miano punk music (a było to jeszcze przed Ramones i Sex Pistols) za sprawą duetu Suicide. Alan Vega i Martin Rev czuli się częścią właśnie powstającej sceny, występowali razem z New York Dolls i nie mieli poczucia odmienności poza samym doborem instrumentów. Fonograficzny debiut Suicide z 1977 roku został umieszczony na 446 miejscu 500 albumów wszech czasów wg magazynu Rolling Stone. Podobnie jak Kraftwerk wpłynęli na szereg późniejszych artystów tworzących różną gatunkowo muzykę – od punk rocka przez indie rock po industrial. Na inspiracje Suicide powołują się m.in. Gang Gang Dance, The Sisters of Mercy, The Jesus and Mary Chain, Henry Rollins, MGMT i Radiohead.
Brytyjczycy także przekuli wczesną elektronikę na formę rockowego zespołu, w jednym z najważniejszych w historii muzyki roku – 1977 – ukazał się debiut Ultravox. Jeżeli nazwa ta kojarzy się wam wyłącznie z utworami Vienna i Hymn to polecam sięgnąć po pierwsze trzy krążki, które zawierają gitarowy new wave na światowym poziomie i ledwie słyszalną elektronikę. Dla Ultravox dopiero 1980 rok i już wyraźna dominacja synthpopu nad punk rockiem okazały się zapalnikiem do zwrotu w elektroniczną stronę.

Materia zostaje uformowana

Podobną drogę przeszło wiele kapel, chociażby Devo czy Tubeway Army. To drugie szybko znacznie przyćmił jego lider – Gary Numan. Singiel Are ‚Friends’ Electric? był pierwszym w historii przebojem na szczycie brytyjskich list opartym na dźwięku syntezatora. Popularność nie była łaskawa dla muzyków Tubeway Army, więc niewiele się zastanawiając Gary rzucił projekt i zaczął występować pod własnym pseudonimem. Kilka miesięcy nagrał kolejny, jeszcze większy, przebój Cars. Sukces albumu The Pleasure Principle utorował drogę do samego szczyty list przebojów dla innych synthpopowych projektów – The Human League, OMD czy Depeche Mode. Sam Numan stał się kultową postacią o wielokrotnie naśladowanym (nawet teraz) wizerunku. Wg jego słów nie miał żadnego pomysłu na siebie. Tuż przed wyjście na występ podczas Top of the Pops wizażyści pokryli go grubą warstwą pudru ponieważ miał mnóstwo plam na cerze, jego oczy wyglądały jak „dziury po moczu na śniegu”, więc dorzucono jeszcze czarny cień. Na scenie był jak Rasiak na boisku, ale fani (nazywający siebie numanoids) kochali te przypominające androida ruchy. On sam twierdzi po latach, że wynikało to z wrodzonego braku showmaństwa.
W 1981, po serii wyprzedanych koncertów, Numan postanowił zrezygnował z występów na żywo oraz z synthpopu. Kolejny album był w dalszym ciągu elektroniczny, ale każdemu z utworów towarzyszyły także „żywe” instrumenty. Muzyk podążał dalej tym tropem modyfikując swoje brzmienie i wygląd, a w końcu totalnie porzucając swoich numanoids (którzy odpłacili mu tym samym). Nigdy nie porzucił muzycznej kariery, ale aż do końca lat 90. nie wiele było o nim słychać. Wtedy to muzykę zaczęło tworzyć pokolenie, które niegdyś zakochało się w jego wczesnych nagraniach. Dzięki m.in. Marylin Manson, Fear Factory czy Nine Inch Nails nowi fani wyszukiwali The Pleasure Principle i dali albumowi drugą młodość. O krok dalej poszedł duet Basement Jaxx, który wykorzystał fragmenty M.E. Numana w swoim największym przeboju Where’s Your head at?. Listy przebojów znowu stały się łaskawe dla Gary’ego, a koncerty ponownie wyprzedawały się. Muzyk stał się jedną z najważniejszych inspiracji dla sceny dark independent inspirując rzesze twórców ponurej elektroniki.

Nowa dekada rozpoczęła się od wyważonych przez Numana drzwi, przez które wylała się niezliczona ilość elektronicznych projektów. W tym samym czasie technologia Mooga już spowszechniała, dzięki czemu także mocno staniała. Powstał też nowy wynalazek – MIDI – ogromne ułatwienie i usprawnienie dla muzyków, a zarazem kolejny argument na rzecz inwestycji w elektroniczną (teraz przystępniejszą w obsłudze) muzykę zamiast gitary. Dodatkowo synthpop zyskał wsparcie (a wręcz zjednoczył się) z innym popularnym nurtem – new romantic. Ten popkulturowy ruch ściśle wiązał się z określonym (androgynicznym) wizerunkiem. U jego źródeł (1979 rok) najbardziej popularnymi przedstawicielami byli David Bowie oraz muzycy Roxy Music. Najbardziej znanym organizatorem imprez był natomiast Steve Stange, późniejszy lider Visage. Plotka głosi, że na jedno ze swoich wydarzeń nie chciał wpuścić Micka Jaggera, ponieważ ten nie zastosował się do obowiązującego w new romantic dress code’u.

Wraz ze Strangem Visage tworzyło dwóch muzyków new waveowego The Rich Kids – Rusty Egan oraz Midge Ure. Debiutancki album o eponimicznym tytule wydali w 1980 roku, czyli już w dobie wielkiej popularności synthpopu, ale pierwszy singiel (Tar) nie zainteresował brytyjskiej publiczności. Na drugi singiel zespół wybrał Fade to grey, każdy z czytających wie jak znanym przebojem jest ten kawałek. Jest to też jeden z najbardziej melancholijnych utworów jakie wytworzył synthpop, a przez to jednym z najpopularniejszych na scenie dark independent. Muzycy Visage rozeszli się do innych kapel (Ultravox, Magazine i Siouxsie and the Banshees), ale Strangeowi udało się skrzyknąć ich do nagrania drugiego krążka. Mimo już wyraźnie słabszego materiału komercyjny sukces powtórzył się. To były szczytowe lata synthpopu, autorzy Fade to grey mogliby nagrać własne oddechy przerobione vocoderem, a i tak byliby rozchwytywani. Za trzecim razem już się nie udało, krążek z 1984 roku był klapą i nie wytrzymał walki z potężną konkurencją na rynku. Od tego czasu Visage nic już nie wydało.

Przełom 1981 i 1982 roku był czasem absolutnej dominacji synthpopu w mainstreamowych mediach. Na listach przebojów królowały hity m.in. Soft Cell, OMD, Japan czy Depeche Mode. Powszechność syntezatorów była tak olbrzymia, że brytyjski związek muzyków (Musicians’ Union) wydał absurdalny komunikat o ograniczanie ich użycia. Faktycznie część kapel wracała do bardziej gitarowego brzmienia (np. Spandau Ballet i The Human League), ale jednocześnie kolejne nowe podbijały świat (m.in. Eurythmics i Tears for Fears).
W USA synthpop był postrzegany jako podgatunek New Wave, prasa częściej określała go jako technopop. Najprawdopodobniej przepadałby ledwo zauważony gdyby nie teledyski z dotąd niespotykanym rozmachem emitowane przez raczkujące MTV.
Kolejne kraje zyskiwały swoich przedstawicieli: Men Without Hats z Kanady, Telex z Belgii, a-ha z Norwegii czy Yello ze Szwajcarii. W Polsce pewne znamiona synthpopu można odnaleźć we wczesnej twórczości Kombi, całościowe twory powstały jednak niedawno. Dalsza ekspansja elektroniki nie tylko poszerzała obszar oddziaływania, ale także wytwarzała pomniejsze gatunki. Howard Jones łączył synthpop z wesołym popem z lat 60., z kolei Bronski Beat nawiązywał do danceu.

Bronski Beat był wyjątkowym zespołem nie tylko ze względu na nietypowe muzyczne podejście do synthpopu, ale także silnie ideologiczny przekaz tekstowy. Ich największy przebój – Smalltown boy – to historia wykluczonego przez rodzinę i społeczeństwo młodego homoseksualisty. Problem nie bez przyczyny interesował tworzących kapelę Jimmiego Somerville’a, Steve’a Bronskiego i Larry’ego Steinbacheka – wszyscy trzej są gejami, którzy na własnej skórze doświadczyli prześladowań.
Bronski Beat przyszedł niemal natychmiast, zagrali dokładnie dziewięć koncertów gdy zaproponowano im wydanie albumu. Równie szybko (po zaledwie dwóch latach współpracy) z zespołem pożegnał się wokalista – Jimmy Somerville. Założył The Communards, którego obydwa albumy pokryły się platynom. Bronski także kontynuował działalność (po przyjęciu do składu Johna Fostera) i odnosił sukcesu na synthpopowej fali. Foster nie zagrzał długo miejsca, już w 1987 posada ponownie się zwolniła. Mimo kilku innych wokalistów (a nawet powrotu Fostera w 1994 roku), Bronski Beat nigdy już nie osiągnął komercyjnego sukcesu.

Nowy projekt Somerville’a był jednym z wielu, które w drugiej połowie lat 80. nadawały synthpopowi bardziej dance’owe brzmienie. Największą popularnością cieszyły się wówczas Erasure i Pet Shop Boys. Ci drudzy zyskali tysiące fanów na całym globie już po pierwszym singlu – West End Girls. Wkrótce jednak brzmienie syntezatorów i ich komercjalizacja przejadły się wielu młodym artystom, powstało wiele kapel dążących do renesansu gitarowego grania. The Smiths, a zwłaszcza grunge, zepchnęły synthpop do defensywy na przeszło dekadę.

Synthpop schodzi do podziemia

Niemal jednocześnie z konaniem komercyjnego synthpopu pojawił się jego niezależny odłam silnie inspirowany muzyką EBM. Do dzisiaj jednym z najpopularniejszych tego typu projektów jest berliński And One. Początek jego działalności to rok 1989, wówczas Steve Naghavi poznał w jednym z barów Chrisa Ruiza i na mocy uwielbienia do Front 242 i Depeche Mode zaczęłi własna przygodę muzyczną. Dwa lata później grupa (zasilona przez trzeciego muzyka – Alexa Two) nagrała swój pierwszy album – Anguish. Niemcy były wówczas ostatnim bastionem synthpopu i krążek nagrodzono wieloma wyróżnieniami typu „najlepszy album” czy „najlepszy debiutant”. Singiel Metalhammer stał się natomiast przebojem dyskotek i jednym z najważniejszych kawałków w historii dark independent. And One nie odbudował komercyjnego potencjału synth popu (nie udało się to żadnemu z projektów nawiązujących do mrocznej elektroniki), ale współtworzył jego alternatywną scenę, przywrócił gatunkowi jego niezależność i wolność od telewizyjno-radiowych schematów.

Innym ważnym niemieckim projektem jest Wolfsheim, które zostało założone dwa lata przed And One, ale fonograficznie zadebiutowało rok później. Nazwa grupy pochodzi od nazwiska Meyera Wolfsheima, pomniejszej postaci z Wielkiego Gatsby’ego. Trio nie zdołało przykuć uwagi dużych wytwórni zorientowanych już ponownie na rockową muzykę. Krążek No Happy View ukazał się za sprawą podziemnej jednoosobowej wytwórni Strange Ways. Wiązało się to z zerową promocją i brakiem perspektywy na medialny sukces. Wolfsheim jednak już z założenia miał być tworem czysto alternatywnym, co dobitnie zaznaczyli tytułem drugiego krążka Popkiller. Po latach muzycy otarli się jednak o komercję – Peter Heppner współpracował przy tworzeniu singla Leben… I fell You Schillera, który w 2004 roku był hitem w całej Europie.

Poza Niemcami powstawało niewiele projektów, jeszcze mniej zyskiwało popularność poza własnym podwórkiem. Do najbardziej znanych spośród nich można zaliczyć brytyjski Mesh, amerykańskie Ministry (które jak wiadomo szybko zmieniło styl na zdecydowanie bliższy industrialowi) czy szwedzki Covenant. Ten ostatni cieszy się niezmiennie wielkim uwielbieniem po dziś dzień.
Historia zaczyna się klasycznie: trzech nastoletnich przyjaciół (Eskil, Joakim i Clas) zafascynowało się nauką, filozofią i metafizyczną sferą człowieka, do tego doszły wspólne preferencje muzyczne (synthpop i EBM) i potrzebna była już tylko iskra do rozpoczęcia własnej działalności artystycznej. Zainteresowania i przyjaźń przetrwały także okres studiowania, a w 1989 roku ostatecznie zawiązano pakt (z ang. covenant), łączący dozgonnych kolegów we wspólnym tworzeniu dźwięków. Pierwsze nagranie (Replicant) trafiło w 1992 roku na składankę wytwórni Memento Materia, której włodarze chwilę później położyli na biurko kontrakt na pełen album. Covenant nie należał jednak do tych zespołów, które sypia utworami z rękawa. Muzycy chcieli precyzyjnie dopracować swój debiut co zajęło kolejne dwa lata. Sukces Dreams of a cryotank zachęcił przyjaciół do potraktowania swojej działalności poważnie – zakupili dużo nowego sprzętu studyjno-scenicznego i wyruszyli na pierwsze występy w klubach. W 1996 roku ukazał się następca DreamsSequencer, rok później materiał ukazał się także w Stanach Zjednoczonych. Inwestycja w brzmienie opłaciła się, drugi album do dziś robi wrażenie, a wielu dziennikarzy oceniło go jako elektroniczny album dekady. Najnowszy materiał Covenant (Modern Ruin) ukazał się w tym roku, podtrzymał tradycję świetnych płyt projektu. W ich dyskografii nie znajdziecie słabych punktów.

Renesans syntezatorów

Pod koniec lat 90. synthpop delikatnie zaznaczył swoja obecność w mediach, ale już jako pośrednia inspiracja do nowego gatunku – electroclashu. Tym razem źródłem stały się Stany, a dokładniej Nowy Jork. Pierwszy electroclashowy album (Fucking Consumer I-F) nie odniósł medialnego sukcesu, ale zadziałał na wyobraźnie szeregu innych muzyków, którzy mieli dużo więcej szczęścia, m.in.: Felix da Housecat, Peaches, Fischerspooner czy Chicks on Speed.
Dwudziesty pierwszy wiek przyniósł dalsze ewolucje electroclashu i synthpopu oraz olbrzymią popularność takich artystek jak La Roux i Lady Gaga. Sukcesem okazał się także powrót do typowego synthpopu w wykonaniu brytyjskiego duetu Hurts (ponad 800 tysięcy sprzedanych płyt). Trudno dzisiaj mówić o muzyce elektronicznej i „żywej” jako dwóch osobnych (zwalczających siebie) obozach, lata eksploatacji wypracowały korzystne porozumienie, na mocy którego każdy z nas lubi posłuchać zarówno syntezatora, jak i gitary.

Reklamy

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: