//
Read Between The Lies
Felietony

Czy muzyka jest dla wszystkich?

1772, 1793, 1795 – nie wiedzieć co działo się wówczas w Polsce to tak jakby nie znać Chucka Berry, Little Richarda i Fatsa Domino. Dla jednych będzie to absolutnie dyskredytująca wiedza, dla innych nic nie znaczące informacje z odległej przeszłości. Jeszcze inni uważają, że prawda leży gdzieś pośrodku, ale racje mają tylko Ci, którzy świadomie nie wiedzą.

Zakładam, że każdy z was ma wyrobiony pogląd na temat historii. Zakładam też, że uznajecie przynajmniej jej niecałkowitą bezużyteczność. Podobne założenie ustalam w wypadku historii muzyki – nawet jeżeli nie słuchacie Elvisa, „bitlesów”, Deep Purple czy Nirvany to na pewno macie świadomość istnienia tych postaci/zespołów gdzieś w czasoprzestrzeni.

Nie ma wątpliwości, że historia wszelkich zdarzeń i zjawisk to łańcuch przyczynowo-skutkowy – bez Krzysztofa Kolumba nie byłoby Red Hot Chili Peppers, bez Marksa nie byłoby Dezertera. Dodatkowo dzieje wszechrzeczy są ignoranckim kultywatorem najpopularniejszych idei i bezlitosnym zabójcą pamięci o tych mniej charyzmatycznych. Sokrates, Platon, Arystoteles – wielka trójka filozofii starożytnej Grecji, na pewno każdy słyszał te imiona. Ksenofanes, Empedokles, Demokryt – tu już trochę gorzej. Podobnie jest z muzyką, lata 60. to dla każdego The Rolling Stones, The Beatles, Bob Dylan, Woodstock itd. Nikt nie pamięta podbojów list przebojów przez The Electric Prunes, Herman’s Hermit czy The Tornados. Albo nawet bliżej – z czym kojarzy się wam grunge? Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden, Alice in Chains, coś jeszcze? Love Battery, Willard, Tad, Gruntruck?

Przyczyna selekcji (niezależnie od jej sprawiedliwości) jest jasna, nikt nie jest w stanie przyswoić zbyt dużej ilości informacji. Ktoś musiał usiąść przed stertą albumów niczym Konstantyn Wielki przed wczesnochrześcijańskimi pismami i powiedzieć – „to, to i to będzie Biblią; resztę za kilka wieków nazwą apokryfami”. Może część z was już się zastanawia co właściwie chwalę, a co krytykuję, odpowiedź jest prosta – nic.

Zwolennicy wpajania „nowożytnej” (od lat 50. XX w.) historii muzyki znacznie częściej stają się fanatykami niż osoby zainteresowane wyłącznie we współczesnych brzmieniach. Na potrzeby tego tekstu nazwę ich platończykami, a o to dlaczego: sławną metaforę jaskini Platona można w prosty sposób przełożyć na muzyczne oświecenie (będę w tym miejscu pisał z perspektywy zwolennika „platończyków”).

Za powyższą grafiką: istnieje doskonały świat idei, które nie są dostępne dla każdego człowieka. Taką perfekcyjną ideą jest np. prekursor rock’n’rolla – Chuck Berry. Ludzie mieszkający w jaskini widzą tylko jego cień – Billiego Joe Armstronga. Życie w jaskini nie jest sielanką – „W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyję tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów”. Muzyczni platończycy przewidują jednak wybawienie, ale tylko dla tych nielicznych, których uda się wywlec z jaskini i rzucić przed oblicze idei – Chucka, Jerry’ego Lee Lewisa czy innego Bo Diddleya.

Wczuwając się w rolę muzycznego „emancypaty” – ogień, idee, jaskinia… kto by się tym przejmował? Niech sobie będzie ten doskonały Berry, my wolimy naszego „ułomnego” Armstronga i jego cień muzyki. Odwołując się do historii należy pamiętać, że mało kto zna całą historię wszystkiego, a już na pewno tak odległe pomysły jak platońska jaskinia musiały spotkać się z krytyką. Metaforze zaprzeczył już najwybitniejszy uczeń Platona – Arystoteles, który był twórcą doktryny środka (złotego środka). Dla Platona (zwolenników znajomości historii „nowożytnej” muzyki) jest tylko jedno dobro. Dla Arystotelesa (zwolenników emancypacji muzycznej) istnieje tyle sposobów do osiągnięcia dobra ilu ludzi.

Mogę założyć się o dyskografię Rosetty, że ogromna większość czytelników postrzega w mojej metaforze „platończyków” jako melomanów-terrorystów, a „arystotelejczyków” jako wolnych ludzi mających świadomość czysto rozrywkowego charakteru muzyki. Dobrane przeze mnie przykłady sprzyjają takiej konkluzji. Jednak czy nikogo z was nie irytuje kiedy słyszycie, że Somebody to love to kawałek Boogie Pimps („platończyk” z krwi i kości obraziłby się nawet gdybyście przypisali ten numer Jefferson Airplane), Blue monday New Order to przeróbka Shut up and drive Rihanny albo kiedy ktoś ze zdumieniem odkrywa, że Dave Grohl bębnił w Nirvanie?

Postawię dwie konkluzje, moim zdaniem kończące temat (aczkolwiek odmienne poglądy w komentarzach są bardzo mile widziane):

  1. Poznanie jest relatywne, czyli skłaniam się bardziej ku teorii „złotego środka”. Każdy może poznawać muzykę w najwygodniejszy dla niego sposób.

  2. Punkt drugi wynika bezpośrednio z pierwszego – skoro każdy może odbierać muzykę jak mu się podoba to trzeba przyjąć, że są ludzie (i jest to zdecydowana większość), dla których muzyka znaczy tyle ile Axel Rose dla Slasha (i vice versa).

Część z was może zastanawiać się teraz po co powstał cały ten tekst, skoro co kilka zdań obalam wysnute wcześniej założenia. Wszystko to po to żeby zaproponować jedną rzecz – słuchajcie czego chcecie i jak chcecie i nie oczekujcie, że dla wszystkich muzyka znaczy cokolwiek. W podobnym sensie można rozumieć tekst Make Your own kind of music Cass Elliot:

Nobody can tell ya
There’s only one song worth singing
They may try and sell ya
Cause it hangs them up
To see someone like you

You gotta make your own kind of music
Sing your own special song
Make your own kind music
Even if nobody else sings along

[…]

Reklamy

About Jimmy Magnetar

ripping iron from your blood

Dyskusja

Brak komentarzy.

Let Me Hear You Scream

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Mój styczniowy hicior, nawet "Rimbaud Eyes" Dum Dum Girls nie wkręciło się bardziej niż ta prosta, lecz obdarzona niesamowitą atmosferą piosenka.

Na pełen ekran:

%d blogerów lubi to: